Henryk Sienkiewicz
POTOP
tom II, rozdział 21
[...] Wojna wytępienia była dopiero w początku, gdy pan Kmicic wraz
z trzema Kiemliczami dotarł po trudnej, ze względu na jego nadwerężone
zdrowie, podróży do Głogowej (Głogówka). Przyjechali nocą. Miasto
było przepełnione od wojska, panów, szlachty, sług królewskich i magnackich,
a gospody tak pozajmowane, że stary Kiemlicz z największym trudem
wystarał się o kwaterę dla pana Andrzeja u powroźnika mieszkającego
już za miastem.
Dzień ten przeleżał pan Andrzej w bólu i w gorączce od oparzenia.
Chwilami myślał, że przyjdzie mu ciężko, obłożnie zachorować. Ale
żelazna natura przemogła. Następnej nocy uczyniło mu się lżej, a świtaniem
ubrał się już i poszedł do farnego kościoła Bogu za cudowne swe ocalenie
podziękować. Szary i śnieżny zimowy ranek zaledwie rozprószył ciemności.
Miasto jeszcze spało, ale przez drzwi kościoła widać już było światło
w ołtarzu i dochodziły go głosy organów.
Kmicic wszedł do środka. Ksiądz przed ołtarzem odprawiał wotywę, w
kościele mało jeszcze było modlących się. W ławkach klęczało kilkanaście
postaci z twarzami ukrytymi w dłoniach, a oprócz nich ujrzał pan Andrzej,
gdy oczy jego oswoiły się z ciemnością, jakąś postać leżącą krzyżem
przed samymi stallami, na rozciągniętym na ziemi kobierczyku. Za nim
klęczało dwóch wyrostków o rumianych i prawie anielskich dziecinnych
twarzach. Człowiek ten leżał bez ruchu i tylko z piersi, poruszanych
ustawicznie ciężkimi westchnieniami, można było poznać, że nie śpi,
że modli się gorliwie i całą duszą. Kmicic również pogrążył się w
modlitwie dziękczynnej; lecz po ukończonych pacierzach oczy jego mimo
woli zwróciły się na leżącego krzyżem męża i nie mogły się już od
niego oderwać, tak je coś przykuwało do niego. Westchnienia podobne
do jęków, głośne w ciszy kościelnej, wstrząsały ciągle tę postać.
Żółte blaski świec zapalonych przed ołtarzem, wraz ze światłem dziennym,
bielejącym w szybach, wydobywały ją z mroku i czyniły coraz widniejszą.
Pan Andrzej zaraz domyślił się z ubioru, że to musi być ktoś znaczny,
gdyż i wszyscy obecni, nie wyłączając księdza odprawiającego wotywę,
spoglądali nań ze czcią i uszanowaniem. Nieznajomy przybrany był cały
w czarny aksamit podbity sobolami, tylko na ramionach miał odwinięty
biały koronkowy kołnierz, spod którego przeglądały złote ogniwa łańcucha;
czarny z takimiż piórami kapelusz leżał obok, jeden zaś z paziów,
klęczących za kobierczykiem, trzymał rękawice i szmelcowaną na błękitno
szpadę. Twarzy nieznajomego nie mógł pan Kmicic widzieć, gdyż była
ukryta w fałdach kobierczyka, a przy tym zasłaniały ją zupełnie rozproszone
naokoło głowy loki nadzwyczaj obfitej peruki.
Pan Andrzej przysunął się do samej stalli tak, aby gdy nieznajomy
się podniesie, mógł dojrzeć jego twarz. Tymczasem wotywa miała się
ku końcowi. Ksiądz śpiewał już Pater noster. Ludzie, którzy chcieli
być na następnej mszy, napływali przez główne drzwi wchodowe. Kościół
zapełnił się z wolna postaciami o podgolonych głowach, przybranymi
w delie, w żołnierskie burki, w szuby i altembasowe kapoty. Uczyniło
się dość ciasno. Wówczas Kmicic trącił w łokieć stojącego obok szlachcica
i szepnął:
- Przebacz wasza mość, że go w nabożeństwie inkomoduję, ale ciekawość
mocniejsza. Kto też to jest?
Tu wskazał oczyma na leżącego krzyżem pana.
- Chybaś waść z daleka przyjechał, że nie wiesz, kto to jest? - odparł
szlachcic.
- Pewnie, żem z daleka przyjechał, i dlatego pytam, w nadziei, że
gdy na kogo politycznego trafię, to mi nie poskąpi odpowiedzi.
- To jest król (Jan Kazimierz).
- Na Boga żywego! - zawołał Kmicic.
Lecz w tej chwili król się podniósł, bo ksiądz zaczynał właśnie czytać
ewangelię.